Zamiast wielkich biznesów w Afryce i powołania na ambasadora, mieszkańcy Poznania stracili miliony złotych. W sądzie ruszył proces przeciwko byłemu radnemu, który miał wyłudzić pieniądze pod szyldem egzotycznych inwestycji.
W środku Poznania, na ławie oskarżonych zasiadł mężczyzna, który — jak twierdzą śledczy — przez lata budował swój wizerunek „skutecznego inwestora w Afryce”, by w rzeczywistości pożyczyć od kilkunastu osób i firm ponad cztery miliony złotych, nie zwracając ich. Mowa o Filip S. — byłym radnym jednego z poznańskich osiedli, który w latach 2017-2019 miał namawiać znajomych i kontrahentów do wysokodochodowych przedsięwzięć w krajach takich jak Egipt czy Sudan.
Już pierwsze spotkania budziły zaufanie. Filip S. chętnie pokazywał się w towarzystwie osób z pierwszych stron gazet — byłych prezydentów, premierów, prominentnych działaczy. Śledczy podkreślają, że w sieci pojawiały się zdjęcia z politykami, biskupami, na których on występował jako osoba wpływowa.
Dla wielu było to sygnałem: skoro ma takie kontakty, to i interes może być solidny.
I wtedy pojawiła się „Afryka” – inwestycje w zakup pomarańczy, biznes na Sudanie, handel złotem albo surowcami, a obietnice zysku rzędu 20-40 procent.
Mieszkańcy regionu, przedsiębiorcy z Poznania i okolic, uwierzyli. Pożyczali duże sumy. Ktoś nawet – jak podaje prasa – zdecydował się pożyczyć pieniądze w formie aktu notarialnego.
Dlaczego to ważne dla Poznania?
Bo to historia oparta na lokalnej wspólnocie — tu, w Poznaniu i Wielkopolsce, wśród ludzi, którzy liczyli na swoją firmę, zaufanie i rozwój. Zamiast tego zostali z pustymi rękami. To także sygnał dla lokalnych przedsiębiorców i inwestorów: warto zachować czujność, gdy obietnice brzmią zbyt dobrze.
Proces ruszył w piątek 30 września 2022 roku w Sąd Okręgowy w Poznaniu. Śledztwo ustaliło, że szkoda dla wierzycieli może sięgać około 4,2 miliona złotych. Zarzuty sięgają 13 przypadków oszustw i oszustwa w stosunku do mienia znacznej wartości.
Według prokuratury schemat był podobny: najpierw wykreowany wizerunek osoby z wielkimi kontaktami, potem konkretne prośby o pożyczki – „na inwestycje w Afryce” – i wreszcie milczenie, uniki, zerwane kontakty.
Co to znaczy dla tych, którzy stracili?
Stracili nie tylko pieniądze, ale zaufanie. Wielu podkreślało, że uwierzyło w „dobrego człowieka”, który miał być sprawny, przedsiębiorczy i działający globalnie. A okazało się, że nie ma dowodów na realizację tych inwestycji – nie było dokumentacji, nie było realnych transakcji.
Dla mieszkańców Poznania to przypomnienie, że audyt, sprawdzenie, zachowanie ostrożności nie są tylko dla dużych firm – nawet lokalny radny czy społecznik może okazać się nie tym, za kogo się podaje.
Co teraz?
Proces trwa. Filipowi S. grozi nawet do 10 lat więzienia. Dla pokrzywdzonych pozostaje pytanie: czy zostaną odzyskane pieniądze? Czy to jedynie długi bez przyszłości? A także: jakie lekcje wyciągnąć na przyszłość?
W środowisku biznesowym Poznania z pewnością ta sprawa będzie komentowana – jako ostrzeżenie przed „zbyt pięknymi obietnicami”.
Podsumowując: historia „fałszywego ambasadora” to lokalny dramat – komfortowa pewność, zaufanie, prestiż zostały użyte jako narzędzia. Niech to będzie sygnał dla nas – że czasem najbliższe środowisko trzeba obserwować równie uważnie jak zagraniczne inwestycje.





