1 września 1992 roku dziennikarz z Poznania wyszedł do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Po ponad 30 latach sprawa zdaje się ponownie przybierać nowe oblicze – zeznania kolejnego świadka otwierają wątek dramatyczny i niepokojąco blisko biznesu wielkiej skali.
Wczesnym rankiem 1 września 1992 roku 24-letni dziennikarz z Poznania, Jarosław Ziętara, opuścił swoje mieszkanie przy ul. Kolejowej i zmierzał do redakcji „Gazety Poznańskiej”. Nie dotarł. Od tamtej pory ślad po nim zaginął – jego ciało nigdy nie zostało odnalezione.
Sprawa stała się jednym z najbardziej dramatycznych i nierozwiązanych wątków polskiego dziennikarstwa śledczego – odsłaniając mroczne zakamarki transformacji lat 90., kiedy to rodziły się wielkie biznesy i kiedy granica między prawem a bezprawiem była rozmyta.
Śledczy uznali, że Ziętara został uprowadzony i najprawdopodobniej zamordowany – śledztwo w Krakowie stwierdziło, że motywem była jego praca dziennikarska: miał badać biznesy, które w tamtym czasie „przelewały się” przez Poznań-Wielkopolskę.
Wśród nazwisk pojawił się ten Aleksander Gawronik – biznesmen, ówczesny senator – wobec którego prokuratura postawiła zarzuty podżegania do zabójstwa Ziętary. Jednakże w lutym 2024 roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu podtrzymał uniewinnienie Gawronika z tego zarzutu.
Równocześnie przed sądem toczy się apelacja w sprawie dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis – Mirosława R. („Ryba”) oraz Dariusza L. („Lala”) – oskarżonych o porwanie i przekazanie Ziętary osobom, które miały go zamordować.
Dziś pojawia się nowy, mocny wątek – świadek wskazuje na łącznik, byłego ochroniarza „Antka”, który miał być częścią tego dramatu. W relacji dziennikarki Anna D., znajomej Ziętary ze studiów, padły konkretne ustalenia: że w 1992 roku Gawronik miał najpierw zapytać swojego ochroniarza, czy nie „załatwiłby” dziennikarza, który mu przeszkadzał; gdy ten się nie zgodził, skierował sprawę do osoby powiązanej z Elektromisem.
Dziennikarka zeznała również, że oprawcy mieli otrzymać około pół miliona złotych jako nagrodę za „uciszenie” Ziętary – w tamtym czasie astronomiczną sumę.
Dla Poznania i Wielkopolski to nie tylko sprawa sprzed lat – to przypomnienie, że działania dziennikarskie oparte na dociekliwości mogą prowadzić do zderzeń z potężnymi interesami. Co to oznacza dla mieszkańców? O to, by wymagali, by sprawa wreszcie wyszła poza media i trafiła do sądu z konkretnymi dowodami. Dlaczego to ważne? Bo bez wyjaśnienia pozostaje pytanie o bezpieczeństwo pracy dziennikarzy, o granice władzy biznesu, o to, czy w miejscach takich jak Poznań może dojść do bezkarnej zbrodni. Co wydarzy się dalej? Apelacja prokuratury ma ruszyć wkrótce – być może nowe dowody, nowe zeznania otworzą kolejną odsłonę procesu.
Na koniec warto spojrzeć na samego Ziętarę – młodego, ambitnego dziennikarza, który chciał pójść „za tematami” wielkiego biznesu i wielkiej polityki w regionie. I dziś, trzy dekady później, jego imię nadal rezonuje w środowisku dziennikarskim, jako symbol niezłomności i niezakończonego śledztwa.





